Łatwiejsze gry

Ostatnio często można usłyszeć, czy też przeczytać, że współczesne gry „zgłupiały”. Ma to polegać na obniżaniu poziomu trudności, likwidowaniu wszelkich przeszkód, jakie mogą stanąć na drodze gracza zmierzającego do końca danej produkcji i implementowaniu do gier wszelkiego rodzaju „ułatwiaczy”.

Ale czy na pewno jest to takie złe?

Gry mają nieść zabawę, z tym chyba wszyscy się zgodzimy. I teraz właśnie spójrzmy na problem trudności gier pod tym kontekstem. Czy naprawdę radość sprawia utknięcie w jakimś momencie gry? Nie wiem jak Was (oczywiście liczę tu na jakąś dyskusję na ten temat w komentarzach), ale mnie tylko frustruje, gdy nie mogę sobie poradzić z jakąś misją. Jako przykład podam tutaj Call of Duty. Miałam niewątpliwą przyjemność grać w tryb single zarówno w „dwójce”, jak i w „czwórce” i powiem Wam, że w obu przypadkach grałam na jednym z niższych poziomów trudności i bawiłam się wyśmienicie. Wcale nie potrzebowałam wyśrubowanego poziomu trudności czy jakichś walk z rodzaju „mission imposible”, które by trzeba powtarzać po kilkanaście lub nawet więcej razy. Delektowałam się innymi elementami gry, takimi jak emocje wywoływane przez wydarzenia oskryptowane, z góry ustalone przez twórców. Odpowiednie wyreżyserowanie gry sprawiło, że nie potrzebowałam jakichś szalonych strzelanin, by te emocje poczuć.

Kolejnym przykładem niech będzie pierwszy God of War i pewien wyjątkowo frustrujący moment już na samym początku gry (jak jest dalej niestety nie mogę się wypowiedzieć, miałam mocno ograniczony czas na granie). Dlaczego do typowej siekanki, w której ważne jest jak najefektowniejsze i brutalne rozwalanie zastępów różnych kreatur wciska się fragment z przesuwaniem jakiejś durnej skrzyni pod ostrzałem wrogów, która to skrzynia rozwala się od paru pocisków?! Na tym właśnie fragmencie zakończyłam swoją przygodę z tą jakże legendarną grą. Jasne, gdybym poświęciła wtedy więcej czasu, odpowiednio wyczuła rytm strzałów i dopasowała do niego przesuwanie tej skrzyni, w końcu bym ten etap przeszła i pewnie dalej doskonale bym się bawiła (grałam kawałek dalej, ale już nie w zaciszu swojego domku), a tak wolałam poświęcić ten cenny czas, w którym miałam konsolę, na inne świetne tytuły. No i muszę tu przywołać wspomnianą już wcześniej przyjemność czerpaną z gry – czy naprawdę taki fragment niesie ze sobą coś fajnego? Czy w grze, od której wymaga się głównie czystej frajdy z siekania, rąbania i miażdżenia przeciwników takie momenty w ogóle są potrzebne?