Łatwiejsze gry

Oczywiście nie można tego zagadnienia uogólniać do wszystkich gier. Są takie gry, które po prostu bazują na wyzwaniach, na wielokrotnych podejściach i wytrenowaniu – w końcu jaka byłaby przyjemność z grania w jakąś wyścigówkę, gdybyśmy od razu wszystko wygrywali? Tak samo z grami taktycznymi, które po prostu są po to, by zmusić gracza do kombinowania. Ale są i takie gry, które stawiają głównie na historię, na klimat. I strasznie mnie irytuje, gdy właśnie w takich produkcjach nie mogę się dowiedzieć, „co będzie dalej”, bo trafił się taki moment, z którym nie mogę sobie poradzić. A że przy grach nie lubię się denerwować, toteż po paru nieudanych podejściach taką grę zostawiam. A pewnie szkoda.

Rozwiązanie? Oczywiście możliwość wyboru poziomu trudności. I to takiego wyboru, gdzie dostaniemy parę stopni i między poszczególnymi poziomami naprawdę będzie się czuło różnicę – tak, by obie grupy graczy wymienione dwa akapity wyżej czerpały przyjemność z gry. Poza tym odpowiednie wyważenie. Często zdarza się tak, że cała gra nie jest szczególnie wymagająca, a jest taki jeden fragment, który jest zwyczajnie źle skonstruowany i przysparza sporych problemów.

Wiem, że spora część graczy nie zgodzi się z moimi poglądami. Ale spróbujcie spojrzeć na to z innej strony – ze strony gracza, który nie chce siedzieć nawet parę godzin starając się sprostać najtrudniejszym wyzwaniom, ale ze strony gracza, który chce po prostu grać i cieszyć się samym światem gry, fabułą, klimatem. Prawda, że widać różnicę?

[Komentarz Aqqry:] Duża część dziennikarzy branżowych jest hardkor gamerami. To dobrze – to gwarancja, że zanim zrecenzują tytuł (ci sumienni) wycisną z niego wszystko na maksa i wytkną błędy, pochwalą zalety. Ale nie każdemu pasuje stwierdzenie: „mało jest misji pobocznych, bo tylko 200 i krótki czas grania: 30 godzin.” Cóż, ja lubię krótkie gry – lubię gry, które nie zatrzymają mnie na dłużej. Nie mam czasu, nie chce mi się, nie mam ochoty. Szybko się nudzę i dlatego mało którego RPGa przechodzę. Ostatnio przeszedłem Final Fantasy I na GBA – zajęło mi to 13 godzin. Krótko? Bo w pewnych momentach brała mnie cholera i posiłkowałem się mapą i krótkim opisem. Chcę przeżywać przygodę, a nie utykać w miejscu. Albo jestem stary, albo jestem nudny – wybierzcie sobie sami. Wszystkie części Burnouta olałem – dwieście milionów takich samych durnowatych zadań. Bluźnię? Cóż, w Daytona USA czy OutRun gram z 10 lat. I jakoś ta jedna trasa owalna w Daytona mi się nie nudzi.