Lektury dla graczy

Ale co, jeśli nie ma akurat ochoty wcielać się w wyszkolonego agenta? Może frustruje go poziom trudności jakiegoś fragmentu, jest troszkę zaspany i nie ma dostatecznego refleksu albo po prostu woli poobserwować historię z perspektywy sztabu, poanalizować plany i wydarzenia zamiast brać w nich udział. Wtedy wystarczy otworzyć odpowiednią książkę – Toma Clancy’ego czy nawet Bogusława Wołoszańskiego – i voila. (Oczywiście, jeśli nasz delikwent ma ochotę całkowicie się odmóżdzyć, może zawsze obejrzeć jakiś film sensacyjny tudzież serial „24 godziny”. My jednak na razie skupmy się na mniej drastycznych rozwiązaniach.) Oczywiście, nie istnieje prawo stwierdzające jednoznacznie, że lektury Gracza muszą być utrzymane w tym samym klimacie, co jego ulubione gierki. Byłoby to zresztą dość trudne w przypadku choćby fanów FIFY (choć fabularyzowane biografie i autobiografie piłkarzy powinny ich zaciekawić), Lemingów (acz Muminki tudzież Bromba i inni mogłyby przypasować) lub Tetrisa (no dobra, tu się poddaję). Tym niemniej śmiem twierdzić, że aby przekonać przeciwnego książkom fana gier wideo do szlachetnej sztuki czytania, należy mu podsunąć coś z jego działki. I odwrotnie – bibliofil dostający odruchu wymiotnego na dźwięk słów „konsola”, „frag” i „joystick” może zostać nawrócony odpowiednio dobraną gierką.

Jeśli zastanawiamy się nad związkami literatury z grami, na myśl przychodzą gry na motywach książek i książki na motywach gier. Ostrożnie jednak! O ile te pierwsze potrafią trzymać całkiem niezły poziom (vide seria Dune, Wiedźmin, gry o Sherlocku Holmesie czy pokręcona adaptacja Alicji w Krainie Czarów, czekamy na sequel), o tyle z upowieściowieniami serii z małego/średniego ekranu nie zawsze bywa tak różowo. Po pierwsze, jest ich mało. Po drugie, bywają naprawdę ZŁE. Przykład? Wrota Baldura. Wszystkie części. Omijać z daleka. Serio. Są też ponoć próby bardziej udane – książki na podstawie słynnej przygodówkowej serii Myst czy równie słynnej serii Diablo zbierają już znacznie lepsze recenzje – wciąż jednak doradzałbym ostrożność.

Osobny akapit należy się chyba seriom książek i gier, których akcja rozgrywa się w rozmaitych fantastycznych światach. Warhammer, Forgotten Realms, Star Wars – to marki znane jak świat rozrywek wszelakich długi i szeroki. Czy warto jednak interesować się ich książkowym aspektem? To zależy od oczekiwań i tolerancji czytelnika. Z wyjątkiem może powieści gwiezdnowojennych (myślę tu zwłaszcza o moim ukochanym Zdrajcy Matthew Stovera), w tego typu pozycjach rzadko napotkamy skomplikowane problemy natury moralnej, pogłębioną psychologię postaci, trudne pytania. A kiedy już takie się trafią, to nie każdego przekonają – rozważania o Jasnej i Ciemnej stronie mocy i słuszności przemocy w walce ze złem dla jednego będą ciekawą metaforą kwestii rozważanej od wieków przez filozofów, a dla innego – nerdowskim bełkotem. O ile jednak pewna płytkość intelektualna „Warhamców” i „Forgotenów” nie powinna stanowić bardzo dużego problemu – każdemu przyda się czasem lekkie czytadło – o tyle miałkość fabuły i stylu, jaką prezentują niektórzy autorzy, może być już nie do strawienia. Odradzam zwłaszcza (z bólem serca, jako fanatyk Planescape) trylogię Wojen Krwi J. Roberta Kinga. Dziwna konstrukcja postaci, irytujący styl, nie zawsze sensowna (choć mająca przebłyski) fabuła… Drugi tom, Wojownicy Otchłani, to jedna z niewielu książek, które porzuciłem w połowie lektury. Inna sprawa, że sądząc po raczej przychylnych recenzjach na amazon.com, moje zniesmaczenie może mieć związek ze zmorą taśmowych serii fantasy – fatalnym tłumaczeniem. I znów Star Wars wybija się tu zdecydowanie (może to kwestia wydawnictwa?), oferując sensowne (nawet, jeśli czasem ze sobą kolidujące – X-Wingi czy X-Skrzydłowce?) tłumaczenia przyjemnych, ciekawych i dobrze napisanych powieści.