Neverhood

Tak samo świat, który przyjdzie nam zwiedzić, nie należy do typowych. Poskręcane, kolorowe budowle, pełne dziwacznych mechanizmów (moje ulubione to chyba działko artyleryjskie z systemem celowniczym i skrzeczącą pseudopapugą) i pomysłowych niespodzianek (a tego to już nie zdradzę…) to tutaj codzienność. Wodze wyobraźni popuszczone chyba nawet do przesady, charakterystyczny styl Douglasa TenNapela i oryginalna technika sprawiają, że Neverhood po dziś dzień ma jeden z najbardziej charakterystycznych, rozpoznawalnych i klimatycznych (i, poza fatalną rozdzielczością, wcale nie zalatujących myszką) styli graficznych w branży wideo. Dodajmy do tego świetną ścieżkę dźwiękową autorstwa Terry’ego S. Taylora z zespołu Daniel Amos (od dźwięków zahaczających o ambient przy eksplorowaniu świata po towarzyszący większości lokacji mix country, jazzu, katarynek i wygłupów muzycznych) oraz odpowiednio podrasowany interfejs i otrzymamy KLIMAT w najczystszej, destylowanej postaci.

Jednak najważniejszą i najwyżej cenioną cechą The Neverhood jest humor. Czy może raczej – HUMOR. Niemal każdy element rozgrywki – czy to pokręcone postaci, dziwaczna muzyka, kasety z historią tego dziwacznego świata, jakie można po drodze zbierać… – wywołuje mniej lub bardziej szeroki wyszczerz. Ilość i jakość gagów powtykanych w animacje i przerywniki filmowe wymyka się jakimkolwiek próbom opisu. Każdy, kto choć raz widział Klaymana bawiącego się pozytywką, zwiewającego przed zielonym potworem (prawdopodobnie najzabawniejsza sekwencja w historii gier) czy nawet próbującego otworzyć pewne drzwi na początku rozgrywki, kończy dzień z bananem na twarzy.
Dzięki w 95% wizualnemu charakterowi żartów i poważnej rozpiętości stylistycznej, humor Neverhood zrozumiały jest pod każdą szerokością geograficzną i przemawia do Graczy w każdym wieku. Mamy tu aluzje do Odysei Kosmicznej 2001 Kubricka. Mamy slapstickowe żarty w stylu „te schody wyglądają na śliskiiiiiiieeeee….”. Mamy przepiękną mimikę i animację głównego bohatera, który, czy jest zły, smutny, wesoły czy zaskoczony, nieodmiennie wzbudza wybuchy wesołości. Mamy skrzynkę na listy, w której nasz bohater znajduje podpowiedzi do zagadek od swojego kumpla, przemieszane z wyjątkowo kretyńskimi liścikami („wyślij ten list do trzech znajomych, bo spotka cię nieszczęście…”). Mamy miniarcydziełą kinematografii w postaci przerywników filmowych (…wspominałem już o sekwencji z zielonym potworem?). Mamy rzeczy po prostu głupie (polecam zjeść kilkakrotnie owoce z drzewka). Słowem – mamy wszystko.

Żeby nie poprzestawać na gołosłownych wyliczankach – pozwolę sobie opisać jeden z moich ulubionych motywów.